Robert Foryś “Sztejer”

Jezuniu miłosierny, którego brak nam na tym złym świecie, jak mnie tu dawno nie było, och jak dawno. A to mi się nie chciało, a to to, a to tamto i tyle. Teraz może się wezmę za siebie i będę częściej tu przesiadywać, nie wiem też czy nie przenieść się na inną stronę, no się zobaczy, ale teraz macie tutaj nową recenzję, sklejoną wczoraj na szybko. Raz, dwa, trzy oto ona:
Co może się stać po kolejnej wojnie, tym razem atomowej, w której udział biorą bombowce zrzucające kolejnych braci “Little Boy’a”? Tym razem w wersji hard, bo obejmuje ona cały świat. Według pana Forysia przeniesiemy się do głębokiego i mrocznego średniowiecza, po którym chodzić będzie jeden z niezniszczalnych zabijaków, którego nie pokona nic, ani nikt.
“Nazywam się Vincent Sztejer i zabijam dla srebra” – głosi pierwsze zdanie książki. I dzięki niemu już wiemy o czym będzie książka. O zabijaniu. Ale czy zabijanie w tym jest najważniejsze? Tutaj najwidoczniej tak. Ale nie wyprzedzajmy faktów.
Przygodę zaczynamy z oczu tytułowego bohatera Vincenta, który właśnie ma za zadanie upolować utopca – jednego potwora z licznego bestiariusza bestii, które powstały po Zagładzie, czyli wojnie atomowej.
Wojny tej zaś nikt nie pamięta, prócz zakonników z Torunium (mi się kojarzy z Toruniem i chyba po przeczytaniu kilku zdań i myśli bohatera, sami zauważycie, że pan Robert puszcza nam tutaj oko i naśmiewa się trochę z jedynego Ojca polskiego chrześcijaństwa i posiadacza jedynego Radia i głosu katolicyzmu – czyli pana Rydzyka). Zakonnicy ci zaś starają się za wszelką cenę złapać Sztejera, który ucieka przed nimi, ponieważ zna kilka tajemnic, o których nikt nie może się nic dowiedzieć, a szczególnie prosty lud. I na tym głównie polega fabuła całej książki – uciekaniu, walczeniu i próbie przetrwania, której Vincentowi pozazdrościł by sam Bear Grylls. Choć bohater odnosi niepowtarzalnej ilości obrażenia, zawsze uda mu się wstać i dokonać dzieła, przetrwać noc i iść dalej, a to tylko dlatego, że nauczył się pewnej magicznej techniki w klasztorze Opactwa, gdzie był elitarnym mordercą – członkiem Czarnej Gwardii.
Ale dość o samej fabule i niezniszczalności Sztejera. Zajmijmy się częścią techniczną. Język powieści nie powala, choć znalazło się kilka powiedzonek i hasełek, które mnie rozśmieszyły. Tak samo historia, wszystko to już było i nic nowego pan Foryś nam nie pokazał.
O wiele lepsze była jego ostatnia książka wydana w tym samym wydawnictwie o przygodach Joachima Hirsza w Warszawie w 1612 roku.
Za to popatrzmy na same wykonanie Fabryki. I znów mistrzostwo. Piękna okładka przedstawiającego „chyba” głównego bohatera, na którego szyi fajnie wisi jeden ze znaków naszych czasów, czyli ulubiony znaczek dresów, sławny mercedes. Obrazki w środku są po prostu piękne, duży plus za Azjatkę oraz za opis z tyłu, który mnie osobiście powalił na kolana.
Książkę polecam na jeden wieczór , w który nie chcemy przemęczać naszych mózgów zbyt ciężką lekturą i gdzie nie będziemy zbytnio myśleć o tym co robi bohater, a czasami po prostu działał głupio. Ale książka ogólnie podobała mi się, była takim lekkim odejściem od ostatnio czytanej literatury na studia. Jeżeli poszukujesz akcji, seksu i bohatera z ostrym językiem, który nie wie co to zahamowania, książkę polecam, zaś osoby które szukają literatury mocno filozoficznej rozkazuję książkę omijać z daleka, bo można się mocno zawieść.

Ok – omijać:) Dzięki za uprzedzenie:) Zresztą dokładnie tego się spodziwałem po niej;)
Pozdrawiam!
Nie no może nie omijać, ale jak nie masz co kupić, a masz kupić czegoś czego nie znasz to może być, na jeden wieczór. Ale lepiej wypożyczyć, ja przeczytałem bo wygrałem a do tego podobała mi się wcześniejsza książka tego autora, była zupełnie inna, inny klimat takie dark fantasy to było, a to jest po prostu słabo udane postapo…